Już po niespełna trzech tygodniach wywołała jednak najpoważniejszy od lat kryzys w relacjach z Pekinem. 7 listopada, odpowiadając w parlamencie na pytanie o możliwy atak Chin na Tajwan, stwierdziła, że użycie siły wobec wyspy mogłoby stanowić „sytuację zagrażającą przetrwaniu Japonii” - a więc otworzyć drogę do użycia przez Tokio prawa do zbiorowej samoobrony, w praktyce także militarnej reakcji.
To odejście od dotychczasowej japońskiej „strategicznej dwuznaczności” wobec Tajwanu - dotąd Tokio unikało tak jednoznacznych zapowiedzi, by nie prowokować Pekinu.
Pekin: „przekroczona czerwona linia”
Reakcja Chin była błyskawiczna i ostra. Wiceszef chińskiego MSZ wezwał ambasadora Japonii w Pekinie, a rzeczniczka resortu Mao Ning oceniła słowa Takaichi jako „błędne” i „poważnie naruszające ducha czterech dokumentów politycznych” regulujących stosunki chińsko-japońskie oraz „podważające podstawy polityczne relacji”.
Szef chińskiej dyplomacji Wang Yi zarzucił Japonii, że „wysłała szokująco błędny sygnał” w kwestii Tajwanu i „przekroczyła czerwoną linię”, grożąc, że każde „agresywne” działanie wobec Chin spotka się z odpowiedzią.
Spór błyskawicznie przeniósł się na forum ONZ. Ambasador Chin Fu Cong w listach do sekretarza generalnego określił wypowiedzi Takaichi jako „największe wyzwanie” dla stosunków chińsko-japońskich od lat i „poważne naruszenie prawa międzynarodowego”, domagając się ich odwołania. Tokio odpowiedziało własnym pismem, podkreślając, że jego polityka pozostaje „obronna i pasywna”, a zarzuty Pekinu są „bezpodstawne”.
Równolegle chińskie media państwowe zaczęły kreślić znany z przeszłości obraz „odradzającego się japońskiego militaryzmu” - łącząc słowa Takaichi z jej wizytami w kontrowersyjnej świątyni Yasukuni i wezwaniami do zwiększenia wydatków wojskowych.
Ekonomiczna pałka: od ryb po turystów
Kiedy dyplomacja weszła w tryb wojenny, Pekin sięgnął po dobrze znany instrument - presję ekonomiczną.
Po pierwsze - morze. 19 listopada Chiny ogłosiły ponowne wstrzymanie importu wszelkich japońskich produktów morza, formalnie powołując się na potrzebę „dalszego monitorowania” wód po zrzutach z elektrowni Fukushima. W praktyce rzecznik MSZ otwarcie dodał, że z powodu „błędnych wypowiedzi premier Takaichi na temat Tajwanu” i wywołanego nimi oburzenia społecznego „i tak nie byłoby rynku na japońskie owoce morza”.
To duży cios: przed wcześniejszym embargiem z 2023 r. Chiny (łącznie z Hongkongiem) odpowiadały za ponad jedną piątą eksportu japońskich owoców morza.
Po drugie - walizki. Chińska ambasada w Tokio wydała ostrzeżenie dla podróżnych, a ministerstwo kultury i turystyki wezwało obywateli, by „na razie unikali” wyjazdów do Japonii. Trzy największe linie lotnicze zaoferowały pełne zwroty lub bezpłatne zmiany biletów na loty do Japonii, a Pekin ograniczył część połączeń.
Skutek? Chińczycy - dotąd najliczniejsza i najhojniej wydająca grupa turystów w Japonii - zaczęli masowo rezygnować z wyjazdów. Według szacunków, jeśli trend utrzyma się do końca roku, japońska gospodarka może stracić nawet ok. 1,2 mld dolarów wydatków turystycznych.
Po trzecie - kultura i show-biznes. Chińskie władze wstrzymały wprowadzanie nowych japońskich filmów do kin, a koncerty japońskich gwiazd - m.in. Ayumi Hamasaki - były odwoływane w ostatniej chwili. Reuters informuje, że Pekin otwarcie łączy te decyzje z napięciem wywołanym wypowiedziami Takaichi o Tajwanie.
Choć sankcje formalnie dotyczą konkretnych sektorów, sygnał jest jasny: jeśli Tokio nie „skoryguje” kursu, Pekin ma w zanadrzu mocniejsze narzędzia - od uderzenia w japońskie firmy działające w Chinach po ograniczenia w eksporcie kluczowych surowców i komponentów.
Handel na krawędzi nerwów
Stawka jest wysoka. Chiny i Japonia są dla siebie nawzajem kluczowymi partnerami gospodarczymi: w 2024 r. wartość handlu dwustronnego sięgnęła ok. 293 mld dolarów, co czyniło z Chin największego partnera handlowego Japonii, a z Japonii - trzeciego partnera Chin.
Już teraz chińskie MSZ i media mówią wprost, że wypowiedzi Takaichi „poważnie uszkodziły” współpracę handlową. W praktyce oznacza to większą niepewność dla japońskich inwestorów w Chinach, możliwe opóźnienia w łańcuchach dostaw i realne ryzyko, że część chińskich konsumentów odwróci się od japońskich marek - tak jak stało się w czasie kryzysu wokół wysp Senkaku w 2012 r.
Nieprzypadkowo Tokio równolegle szuka sojuszników gdzie indziej. Tajwan odpowiedział na presję Pekinu… otwierając własny rynek. Władze w Tajpej zniosły pozostałe ograniczenia na import owoców morza z Japonii i ostentacyjnie promują japońską kuchnię, próbując choć częściowo zrekompensować straty na rynku chińskim.
Polityka, morze i rakiety
Spór o Tajwan nakłada się na inne pola tarcia. Chiny coraz częściej wysyłają swoje jednostki w okolice spornych wysp Senkaku/Diaoyu; ostatni incydent z udziałem chińskiej straży wybrzeża i japońskiej łodzi rybackiej miał miejsce 2 grudnia i obie strony przedstawiły zupełnie sprzeczne wersje wydarzeń.
Dodatkowo Pekin ostro protestuje przeciwko planom rozmieszczenia przez Japonię rakiet na wyspach położonych blisko Tajwanu i grozi, że „zmiażdży każdą zagraniczną ingerencję” w sprawy wyspy.
W tym klimacie Premier Takaichi stara się grać na dwóch fortepianach: z jednej strony podtrzymuje twardy przekaz wobec Chin i forsuje wzrost wydatków obronnych, z drugiej - publicznie zapewnia, że Japonia „pozostaje otwarta na dialog” i nie zmienia formalnie swojej polityki „jednych Chin” oraz pragnienia pokojowego rozwiązania kwestii Tajwanu.
Dokąd zmierza spór?
Na dziś jedno jest pewne: polityka i gospodarka znów przestały się rozchodzić. Słowa wypowiedziane w parlamencie w Tokio w kilka minut przeszły przez gabinety w Pekinie, ONZ w Nowym Jorku, biura linii lotniczych i giełdowe modele analityków.
Jeśli Takaichi nie cofnie się ani o krok - a na razie na to się nie zanosi - Pekin prawdopodobnie będzie dozował kolejne ciosy ekonomiczne, starając się „ukarać” Japonię, ale nie zaszkodzić zbytnio samemu sobie. Tokio z kolei będzie coraz mocniej szukać wsparcia w Waszyngtonie, Seulu, Tajpej czy stolicach europejskich - i jednocześnie przyspieszać dywersyfikację gospodarczą, by uniezależniać się od Chin.
Na koniec pozostaje pytanie, które powinni zadawać sobie nie tylko politycy w Tokio i Pekinie, ale też biznes i inwestorzy: czy obecny kryzys to krótkotrwały „atak gorączki” w relacjach dwóch azjatyckich gigantów, czy początek znacznie dłuższej i kosztowniejszej „zimnej wojny” w Azji Wschodniej?